Kinga Czerwińska
Gran Canaria - ostatnie chwile

Gran Canaria — ostatnie chwile — cz. III

Ostatnie chwile na Gran Canarii są czymś najpiękniejszym, co tylko mogę sobie wymarzyć! Jednocześnie wiele złych wieści i wydarzeń próbuje przypomnieć mi, że nie jestem w raju, a każda próba jego dotknięcia słono kosztuje.

„Gran Canaria — ostatnie chwile” to opowieść o końcu mojej niezwykłej podróży w 2020 roku. Niestety to już ostatni wpis z serii relacji podróżniczych: „Gran Canaria w dobie COVID-19”. Jeżeli nie widziałeś/aś jeszcze pierwszego lub drugiego wpisu, zachęcam Cię do lektury! 🙂 Jeżeli masz to już za sobą, czas na ostatnie chwile na Gran Canarii! Przeżyjmy je razem!

23 listopada — poniedziałek — beztroska

W końcu nastał dzień, by nadrobić zaległe plany i wybrać się na wyspę, na którą nie udało się w sobotę. Isla de Anfi to maleńka wysepka w kształcie serca, na której znajduje się mały park, ławeczki, a także nieczynna już knajpka. Jest tam uroczo i zielono. Po krótkim spacerze testuję piwo kokosowe i kupny drink Pina Colada. Potem udajemy się na leżącą obok wysepki plażę Anfi del Mar, gdzie testuję cydr, a także opalam się, kąpię w wodzie, pływam i zachwycam wyglądem plaży, która jest piaszczysta, posiada łagodne zejście do wody i robi na mnie świetne wrażenie (tak, chcę tam kiedyś wrócić).

Isla de Anfi
Isla de Anfi
uroczy mostek
Na wyspę prowadzi uroczy mostek
plaża Anfi del Mar
plaża Anfi del Mar
Warszawski Kosks
ekipa WK zostawia po sobie ślady nawet na Gran Canarii 😉

Kiedy w końcu na spokojnie, bez pośpiechu poplażujemy w tym dość komercyjnym miejscu, czas na kolejną dziką plażę. Jest to Montana Area, na którą wiedzie dość ciekawa droga. Najpierw trzeba wdrapać się na górę, potem przez skały wejść do oceanu i dopiero z niego wyjść, by znaleźć kawałek suchego piasku. Gdy przybywamy, widzimy już mnóstwo ludzi, także w namiotach. To plaża nudystów. Grupa ludzi w różnym wieku, od nastolatków po dziadka, przyjechała kamperem i rozłożyli tam własną bazę namiotową. Widać jak czują się swobodnie ze swoim ciałem, przypominają pierwotnych ludzi, którzy nie czują wstydu i nie mają blokad, ale jednocześnie nie zachowują się wyzywająco, tylko dobrze się ze sobą bawią. Taki trochę Woodstock, tyle że na golasa. 😉

Na tej plaży oglądamy zachód słońca — uroczy, nie inaczej, a w oczekiwaniu na niego czytam książkę… Niestety strasznie wieje wiatr i nawiewa mi do niej sporo piasku 😉 Na koniec wycieczki, mamy zahaczyć o wesołe miasteczko w okolicy – Holiday World, aby zobaczyć godziny otwarcia i wybrać się do niego w kolejnych dniach pobytu. Ekscytuję się z daleka kołem młyńskim i rollercoasterem. “Nie mogę się już doczekać, jak tam pójdziemy” – mówię do Szymona. Jakież jest moje rozczarowanie, gdy okazuje się, że wesołe miasteczko jest czynne tylko od piątku do niedzieli (na Google nie było takiej informacji). W piątek mamy wracać… Jestem zła… Mówię: “niech odwołają piątkowy lot” (jeszcze nie wiem, co się wydarzy…). I od tego dnia codziennie spotykać mnie będzie kolejne rozczarowanie. 

Montana Area
Montana Area
Podczas zachodu słońca

24 listopada — wtorek — trekking górski i złe wieści 

Wstaliśmy tego dnia wcześnie rano po to, by jak najdłużej łazić po górach. Tego dnia zdobyliśmy najwyższy szczyt Gran Canarii prawie samochodem i w dodatku ja nim wyjeżdżałam (takie tam piłowanie na dwójce i sporo trzeba było się nakręcić). Najpierw kawałek autostrada, potem kręte zakręty i droga o bardzo dużym nachyleniu. W końcu postój w punkcie widokowym na krater Caldera de los Marteles. Dalsza droga pod Pico de Las Nieves. Krótkie podejście na szczyt. Potem wspinaczka. Skały w okolicy Pico de Las Nieves kuszą i nęcą. Są naprawdę wysokie, posiadają różne, ciekawe kształty. Doskonałe chwyty na ręce. Udało mi się wspiąć na kawałek stromej skały, gdzie trzymałam się głównie na rękach, gdyż było za mało miejsca na nogi. Mam również zdjęcie przy maczudze, w bramie i oknie skalnym. Taki Ojców tylko trochę większy. 😉

Caldera de los Marteles
Caldera de los Marteles
zadowolony kierowca :)
zadowolony kierowca 🙂
Pico de Las Nieves
Pico de Las Nieves
wspinaczka
Efekty wspinaczki
ciekawa skała
Dookoła znajdowało się naprawdę mnóstwo ciekawych skał

piękne widoki
piękne widoki

Następnie udaliśmy się w stronę Roque Nublo. Nie było już miejsca na parkingu, trzeba było zostawić samochód przy drodze. Podobno na Roque Nublo idzie się pół godziny. Szliśmy o wiele dłużej, ale może dlatego, że zatrzymywaliśmy się przy każdej skale i skałce, aby ją obejrzeć, zrobić zdjęcie, bądź się na nią wdrapać. Droga na Roque Nublo też nie była jakimś spacerkiem, tylko zadyszka łapała ostro. A gdy byliśmy już prawie u celu, Szymon dostał telefon. Była to pani z Itaki, że odwołali piątkowy lot i mamy wracać w czwartek. Totalnie zepsuło nam to humory i jakoś nie potrafiłam się skupić na radości z Roque Nublo. Niemniej jednak pomimo tego udało mi się wejść na kilka ciekawszych skał, nakręcić krótkie relacje (być może wkrótce powstanie z nich śmieszny filmik), a także kilka górskich ujęć do teledysku (już wkrótce na moim kanale YT).

droga na Roque Nublo
Ta przyjemna droga potem wiodła stromo pod górę
piękne widoki  góry
z góry rozpościerają się wspaniałe widoki 🙂
Widok na Roque Nublo
Widok na Roque Nublo
Pico del Teide
Z widokiem na Pico del Teide (Teneryfa)
dźwiganie skały
Czy zdołam podtrzymać skałę?
szczyt Gran Canaria
Wierzcie, że wspinaczka na tę skałę nie była łatwa 🙂
górskie zdjęcie
Nie ma to jak wspólne, górskie zdjęcie

Nasze plany uwzględniały jeszcze jedno miejsce na trekking, jednakże w wyniku przykrej informacji, postanowiliśmy je zmienić i jeszcze tego samego dnia wykąpać się w oceanie. Pojechaliśmy do miejscowości Arinaga, na plażę Risco Verde, gdzie są doskonałe miejscówki do nurkowania i snorkelingu. Było już nieco chłodno (był to najbardziej pochmurny dzień podczas naszego pobytu), godz. 17, plaża kamienista, byłam trochę zniechęcona.

Na początku weszłam do oceanu, zanurzając się do pasa i trzęsłam się z zimna. Stwierdziłam, że nie będę snurkować, ale Szymon zachęcił mnie, że to ostatnia okazja i warto. Założyłam maskę i nie żałuję. Co prawda nie był to Izrael, jednakże kolorowe, ciekawe okazy ryb robiły wrażenie. Widziałam też dość interesująco poukładane skały i jeżowce. Przez to, że było zimno, miałam jeszcze większą adrenalinę, a przez to, że nie miałam soczewek kontaktowych, trudniej było mi ocenić odległość dzielącą mnie od ryb i momentami nawet się bałam, gdyż maska do snorkelingu jeszcze wszystko powiększa.

Po wysuszeniu się zadowoleni z podwodnej przygody, postanowiliśmy się przejść jeszcze po promenadzie i obejrzeć zachód słońca, które niestety było za chmurami. Z tego spaceru mam słynne zdjęcie z rzeźbą rybaka. Wieczorem, po pysznej obiadokolacji w końcu spróbowaliśmy w pokoju lokalnego rumu. 

zdjęcie z rybakiem
Z Arinagi posiadam tylko fotkę z uroczym rybakiem

25 listopada — środa — dzień ostatni, czyli powtórka z dnia pierwszego 

Niestety… choć nie tak miało być, to był nasz ostatni pełny dzień. Z tego powodu musieliśmy zmienić plany i zamiast udać się jeszcze raz do Las Palmas, na wieżę widokową w katedrze i na plażę Las Canteras, będącą doskonałą do nurkowania, postanowiliśmy spędzić ten dzień w pobliżu, korzystając z basenu hotelowego, najbliższej plaży… i udając się na sesję na wydmy Maspalomas o zachodzie słońca.

Tego dnia wstaliśmy dosyć późno, ale z założenia miał to być dzień leniwy. Najpierw odwiedziliśmy plażę — Playa del Ingles, ostatnie opalanie na piasku i ostatnie pyszne krewetki – dokładnie w tej samej restauracji co tydzień wcześniej.

Potem udaliśmy się z lekkim, niebieskim szampanem na dach hotelu, gdzie znajdowały się leżaki. Był to szampan pożegnalny, którego picie celebrowaliśmy, wspominając dotychczasowe wycieczki.

Kolejnym punktem programu był basen przy bungalowach, w którym woda była o wiele zimniejsza od tej oceanicznej, ale jednocześnie wykąpanie się w niej dawało wyjątkową frajdę. I tak jak tego ostatniego dnia, zjedliśmy te same krewetki co dnia pierwszego, tak i Szymon kupił mi tą samą pina coladę — wtedy była powitalna, a teraz pożegnalna. Tak czasem fajnie jest powtórzyć rozrywki z dnia pierwszego – dnia ostatniego i zobaczyć jak wiele zmieniło się w nas od tego czasu.

Pina Colada
Pożegnalna Pina Colada
chwile w basenie
Ostatnie chwile w basenie
Wszystko co dobre, szybko się kończy
Wszystko co dobre, szybko się kończy

Chętnie siedziałabym jeszcze dłużej przy hotelowym basenie (było naprawdę mega), jednak zaplanowaliśmy sobie jeszcze kolejny punkt programu. Tak więc, musiałam się umyć, ubrać i pomalować, aby wyruszyć na zachód słońca na wydmy Maspalomas. W miejscu tym najpierw nagrałam jeszcze kilka ujęć do teledysku, a następnie Szymon zrobił mi sporo zdjęć przy zachodzącym słońcu.

Gdy już prawie całkiem się ściemniło, zbliżyliśmy się do oceanu, aby po raz ostatni się w nim wykąpać. Fale jak to po zachodzie były o wiele większe niż za dnia, toteż wspominam to jako jedną z bardziej ekscytujących rzeczy. Długo wracaliśmy przez wydmy i piasek, aby dojść do parkingu. Co gorsza, wędrówka po ciemku była trudna i nie wiedzieliśmy, czy dobrze zmierzamy, staraliśmy się tylko kierować w stronę świateł. Z oddali było słychać dźwięk tamburyna i medytacyjne śpiewy, a gdy doszliśmy do tego miejsca, okazało się, że to Hare Kryszna śpiewa swoją pieśń-mantrę.

Tego dnia czekała na nas kolejna zła wiadomość. Następnego dnia wylot mamy już o 9.30, więc wyjazd spod hotelu o 7.30 (śniadanie zaczynało się o 8). W dodatku, co gorsza mieliśmy na Teneryfie przesiąść się w samolot lecący do Katowic. Oczywiście z Katowic bliżej do Krakowa i byłoby to okej, gdyby nie fakt, że nasze auto zostało w Warszawie na parkingu, gdyż stamtąd lecieliśmy w pierwsza stronę i tam mieliśmy wracać. Czekała nas długa podróż: Gran Canaria — Teneryfa — Katowice — Warszawa — Kraków. Która okazała się jeszcze dłuższa, niż wtedy myśleliśmy. 

Tego dnia jeszcze, późnym wieczorem wybraliśmy się na zakupy do sklepu Mercadona, aby zakupić trunki na drogę i nieco słodkości. Potem pojechaliśmy na punkt widokowy Degollada de La Yeguas, skąd miało być widać gwiazdy, ale niestety niebo było zbyt zachmurzone. Za to zostawiłam tam swoje stare japonki i buty New Balance, aby mieć mniej bagażu i zostawić po sobie pamiątkę, aby kiedyś tam wrócić. Na koniec dnia udało nam się znaleźć jeszcze otwarty bazarek — Bazar u Karalucha 😉 w rzeczywistości u Kalucha. Kupujemy tam magnesy, pocztówkę, wazonik z Gran Canarii i spodenki za 3 euro. Zawsze to jakaś materialna namiastka Gran Canarii. Gdyby nie nagle przełożony lot, z pewnością bardziej przyłożylibyśmy się do zakupu pamiątek, a przez całe komplikacje, wszystko działo się w pośpiechu. 

wydmy Maspalomas
Przed zachodem słońca na Wydmach Maspalomas
piasek
Nasz czas na Gran Canarii minął niczym sypnięcie piaskiem
ostatnie ciepłe chwile
Ostatnie ciepłe chwile tego roku na długo pozostaną w naszej pamięci
Maspalomas Dunes
Maspalomas Dunes – to miejsce najbardziej zapadło w mojej pamięci
plaża po zachodzie słońca
Ostatni raz na plaży, po zachodzie słońca

26 listopada — czwartek dzień drogi… drogi krzyżowej

Pobudka szósta trzydzieści. Na zewnątrz jest jeszcze zupełnie ciemno. Dotychczas w żaden dzień po wstawaniu nie musiałam świecić światła. Ubieramy się, pijemy szybką herbatę i robimy resztki pakowania. Oglądamy wschód słońca, które jest nieco za chmurami. Ostatnie zdjęcia z balkonu i trzeba jechać na lotnisko. Tam oddajemy samochód i czeka na nas rezydentka z Itaki, życząc “powodzenia”. Samolot na Teneryfę jest opóźniony o godzinę. Jednak nie stresujemy się, gdyż mamy 3 godziny na przesiadkę, teraz zostaną nam tylko dwie. Teoretycznie. W praktyce okazuje się, że samolot z Teneryfy do Katowic wylatuje o 5 godzin później. Dlaczego? Podobno nie było jakiegoś dokumentu, przez co nie mogli go zatankować. Jesteśmy wyczerpani i głodni. Jedna mała, średnio dobra kanapka na lotnisku kosztuje 6 euro. Nie ma wyboru. Trzeba kupować… Najgorsze linie lotnicze świata Blue Panorama (tak to był czarter) nie zapewniły nam ani gryza kanapki i ani łyka wody.

wschód słońca
Wschód słońca – jedyna piękna rzecz tego dnia
Tęcza
Gran Canaria – tęcza na lotnisku. Przypadek?

Po 5 godzinach wsiadamy do samolotu. Ale nie lecimy. Dlaczego? Bo dopiero go tankują. Z ludźmi w środku, jest gorąco, nie można włączyć klimy. Jeszcze maseczki… sfrustrowana ściągam swoją, by móc zaspokoić podstawową potrzebę ludzką – oddychania. Gdy udaje się wystartować, okazuje się, że będzie międzylądowanie w Mediolanie, gdyż obsługa samolotu jest od rana na nogach i nie może pracować więcej niż 17 godzin.

Wypatrzyłam super kurczaka w menu samolotowym, ale oczywiście go nie ma. Nie ma niczego. Tylko suche panini z szynką, smakującą jak pampers. Stewardessy są niemiłe i nic nie ogarniają. Nie sposób się z nimi dogadać, pomimo że większość z nich mówi po polsku. Nic nie wiedzą, każdemu mówią co innego, podają inne informacje, inne ceny, nie pozwalają przejść do toalety. W końcu lądowanie we Włoszech. Siedzimy tam dobre pół godziny… nie, nowa załoga się nie spóźnia, ale znowu tankują samolot. Znów jest gorąco. A oni informują nas łaskawie, że wyjątkowo pozwalają korzystać nam z toalet i telefonów komórkowych (o łaskawa Blue Panorama).

Dzieci płaczą. Uff jak dobrze, że nie mam swojego… sama jestem u szczytu irytacji… szczerze współczuję tym, którzy mają tutaj dzieci, bo będąc dzieckiem, pewnie też wyłabym wniebogłosy. Przed nami siedzi rodzinka z trzyletnim chłopcem i 6-miesięczną dziewczynką. Staram się z nimi bawić i zapomnieć o wszystkim. Dzieci są kochane i ich płacz mnie nie irytuje, a bardziej się z nim utożsamiam. Nowa załoga to większość sympatycznych panów stewardów, którzy zdają sobie sprawę z podenerwowania ludzi i nie próbują moralizować o maseczki.

Blue Panorama Airlines – najgorsze linie lotnicze jakimi leciałam

1.20 — przylot do Katowic. Zimno to pierwsze co czuję i myślę. Przy wyjściu już czekają na nas panowie z firm, zajmujących się odszkodowaniami za opóźnione loty. Każdy nagabuje, chcąc niemały procent za złożenie wniosku. Czeka już autobus Itaki, który ma zawieźć nas do Warszawy. Pani z Itaki pyta, czy chcemy skorzystać z transferu. “Nie, mam tak dużo czasu, podróż trwała tak króciutko, że chętnie się przejdę do Warszawy na nogach” — myślę ironicznie, ale zrezygnowana tylko przytakuję głową. Jestem głodna i nie mam na nic siły. Jednak ze zdenerwowania nie mogę w busie zasnąć. Coś tam sobie próbuję pisać, co brzmi mniej więcej tak:  “Jeżeli tak wygląda piekło, to nigdy nie chciałabym się tam znaleźć. Jednocześnie powinni w nim gotować się w maseczkach, bez klimy i jedzenia wszyscy szefowie Itaki i najgorszych linii lotniczych świata Blue Panorama, którzy mają w dupie podstawowe potrzeby ludzkie.”.

Dojeżdżamy. Czekamy na gościa, który zawiezie nas na parking, gdzie mamy samochód, ale wysyła bolta. Okazuje się, że zmęczenie i irytacja to jeszcze nic w porównaniu do piosenki: “Największy polski crusher…”, lecącej na fula. Jedyne słowo, które nasuwa mi się na myśl to „żal” i to przez duże Ż. Jesteśmy już na parkingu, Szymon podjeżdża Hondą i nagle okazuje się, że trzeba wymienić koło, bo zeszło  z niego powietrze. Zrezygnowana siadam na kocu. Nie wiem, która godzina. Nic nie wiem. Nie wiem co jeszcze może się przydarzyć.

Gdy już na dobre zaczął się dzień, wsiadamy do auta i ruszamy. Szymon odpala karaoke, ja zasypiam. Stajemy na stacji na kawę i hot doga. Śpię dalej. Budzę się co chwilę i nie ogarniam, gdzie jestem. Potem znowu zasypiam. Podziwiam Szymona za siłę i koncentrację. Zapewne trudno byłoby mi przejechać w tym stanie choć kilometr. O godzinie 10 parkujemy pod blokiem w Krakowie. Teraz czeka nas już tylko szczęście: prysznic, herbata, ciepła kołderka i wspomnienia. Piekło dobiegło końca. Teraz czeka nas już tylko mroźna, polska jesień i zima. To tylko taki czyściec w oczekiwaniu na 20 stopni w Polsce. 😉 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *