Paryż – czy taki piękny jak go malują?
Paryż — miasto zakochanych, stolica światowej mody, bogactwo niezwykłej architektury i sztuki? A może miasto szczurów, w którym tłum ludzi, stos śmieci i wysokie ceny zagłuszają przyjemność z odbioru tego, co piękne? Obie wersje są prawdziwe. Opowiem Wam o Paryżu widzianym moimi oczyma. Miałam tylko trzy dni na oglądanie stolicy Francji. I choć to totalnie za mało, by zobaczyć wszystko, to wystarczająco, by zrozumieć tych, którzy Paryż kochają, jak i tych, którzy go nienawidzą.
Czwartek 10.11.22
Lotnisko w Paryżu
Tego dnia zobaczyłam lotnisko w Paryżu. 😉 Zaskoczyło czerwonym dywanem. Zastanawiałam się, kto to wszystko odkurza. Paris Orly. Wielkie lotnisko. Pierwsze minuty byłam trochę w szoku… skąd teraz będziemy wiedzieć, gdzie iść.
Niestety na tym lotnisku gubią się nawet taksówkarze. Zmarnowaliśmy godzinę, czekając na przyjazd Free Now. Taksówkarz nie przyjechał. Po krążeniu w kółko (jak pokazywała aplikacja), wyświetlił się nam komunikat: „Twoja podróż się rozpoczęła”, a taksówkarz odjechał. ” No to pięknie się zaczęło” – pomyślałam. Na kolejną taksówkę czekaliśmy też długo. Na szczęście ten kierowca już zadzwonił i udało się wytłumaczyć mu miejsce, w którym czekamy, mimo że zapewne u niego na aplikacji było ono widoczne. Do miejsca noclegowego jechaliśmy długo, stojąc w straszliwych korkach przed długim weekendem (Francuzi też mają wolne 11.11).
Gdy przyjechaliśmy do kamienicy, w której mieliśmy mieszkać, okazało się nie być tak jak na zdjęciach. Odpadająca klamka, kibelek, w którym trudno się zmieścić, zagrzybione fugi w łazience. Na stole w kuchni brudne talerze po kolacji dziewczyny, która wynajmowała nam mieszkanie i sama w nim mieszkała. Była miła, świetnie mówiła po angielsku i można się było dowiedzieć od niej wiele ciekawych rzeczy. Niemniej jednak co do porządku i czystości mogło być lepiej. W naszym mini pokoju znajdowało się tylko duże łóżko i szafa. Okno wychodziło na dziedziniec kamienicy, było więc z widokiem na inne okna — nic specjalnego. Ale czego się nie robi, by zobaczyć Paryż. Tego dnia szybko padłam ze zmęczenia.
piątek 11.11.12
Wieża Eiffla
Ledwie nastał ranek, zjedliśmy szybkie śniadanie i udaliśmy się na całodniową. Intensywną wycieczkę. Najpierw wieża Eiffla. Zbliżając się w jej stronę, miałam mieszane uczucia. ”Ta kupa złomu to ma być wieża Eiffla?” Powiedziałam chyba głównie ze względu na kolor konstrukcji. Z rana też okropnie wymarzłam, bo spodziewałam się słońca, a było pochmurno i wietrznie, a temperatura mocno jesienna. Najpierw wyjechaliśmy na drugie piętro wieży. Wtedy można powiedzieć, że po raz pierwszy zobaczyłam Paryż. I dopiero wtedy rozpromieniłam się i naprawdę ucieszyłam z tego, że tam jestem.
Prawdę mówiąc, miałam za sobą dwie próby odwiedzenia Paryża, każda z nich skończyła się odwołaniem wycieczki czy lotów. Ale jak to mawiają — do trzech razy sztuka. Za trzecim razem się udało i dopiero okrążając kilkakrotnie wieżę i patrząc na dół, podziwiałam okazałość tego miasta. Potem nadszedł czas, by wyjechać na samą górę. Już sama przejażdżka windą była atrakcją. Widok z góry — cudny! Na szczycie można było kupić szampana i kawior, ale była to zbyt droga, „instagramowa” atrakcja. 😉 Na końcu udaliśmy się na pierwsze piętro, na którym mieściła się restauracja, sklep z pamiątkami i równie piękne widoki.
W sklepie z pamiątkami kupiliśmy pamiątkowe breloczki dla najbliższych, za które jak się potem okazało, sporo przepłaciliśmy, ale przynajmniej mamy tę świadomość, że zostały zakupione na słynnej wieży. 😉 W końcu nastał czas, by ruszyć dalej. Oddalając się od wieży Eiffla, co chwilę przystawaliśmy jeszcze, by zrobić jej zdjęcie. Nie my jedyni. Gdziekolwiek by nie stanął, zdjęcie z nią było super.





Muzeum sztuki nowoczesnej
Nastał czas na muzeum sztuki nowoczesnej — Musée d’Art Moderne de la Ville de Paris. Pochłonięta magią kolorów i kształtów z radością przemierzałam kolejne sale. Najbardziej utkwiła mi ta z meblami w stylu art deco, a także z twórczością okresu międzywojennego, gdzie prace artystów przypominały twórczość dzieci z problemami i nie da się ukryć, że były mroczne.




Łuk Triumfalny
W końcu udaliśmy się pod słynny Łuk Triumfalny, gdzie było mnóstwo kwiatów i wielka flaga Francji. Było to 11 listopada — nie tylko Polska w tym dniu świętowała zakończenie wojny. Czymś szokującym dla mnie było, że turyści wychodzili na środek ulicy, wśród mnóstwa trąbiących samochodów, tylko po to, by zrobić sobie dobre zdjęcie na tle zabytku. W ogóle w Paryżu większość ludzi przebiega na czerwonym, nie na pasach, ale to, co zobaczyłam pod łukiem, wyglądało jak gra życia ze śmiercią. Ryzykować życiem dla dobrej fotki? Jak kto lubi. Ale na pewno nie mogłabym być kierowcą w Paryżu. Nie mam aż tak mocnych nerwów.


Muzeum Louvre
Spod Łuku Triumfalnego spacerkiem, koło niezwykle ekskluzywnych sklepów zmierzaliśmy w stronę Muzeum Louvre. Do sklepu Dior była przynajmniej pół godzinna kolejka. Co chwilę zatrzymywałam się przed gablotami, oglądając oryginalne wystawy i wystrój. Pod koniec spaceru już ogromnie bolały mnie nogi. Zahaczając jeszcze po drodze o Most Aleksandra i Plac Concorde w końcu udało się dotrzeć do Musée du Louvre, ledwo zdążając na zarezerwowaną wcześniej godzinę.
Muzeum Louvre jest ogromne. Łudziłam się na początku, że w trzy i pół godziny przynajmniej rzucę okiem na wszystko. Niestety, były to zbyt wielkie ambicje. Niemniej jednak zobaczyłam naprawdę dużo. Urzekające mnie obrazy Salvadora Dali, sztukę egipską, komnaty Napoleona, mnóstwo malarstwa religijnego i wojennego…
Byłam pod Mona Lisą. Wrażenia? Obraz jest mały i nie można się do niego zbliżyć. Przez to, że dzieło sztuki ogląda się z daleka, a do oglądania jest wielka kolejka, trudno wpatrywać się w nie, doszukując się szczegółów jak na innych obrazach. Mona Lisa to taki fejm, który się lubi dlatego, że lubią go inni. 😉 Ale tak naprawdę jest jedna świetna rzecz w tym obrazie: gdziekolwiek się nie stanie, ona się na nas patrzy i do nas uśmiecha. Nie wątpię w doskonałość tej sztuki, ale to, że obraz jest tak popularny, stwarza dodatkowe utrudnienia. Na ostatnią chwilę dobiegłam do Wenus z Milo. Nigdy nie fascynował mnie świat rzeźb, ale w Louvre zaczęłam się nimi zachwycać. Z muzeum wyszliśmy, gdy już je zamykali. Na zewnątrz panował już mrok, a światła przed budynkiem tworzyły niezwykły nastrój. I wtedy zobaczyłam jak piękny może być Paryż po zmroku.









Paryż nocą
Mimo że okropnie, ale to naprawdę okropnie bolały mnie nogi, nie miałam zamiaru wracać do klitki w kamienicy, by oddać się w ramiona snu. Koniecznie chciałam pooglądać jeszcze raz wszystko po zmroku. I tak najpierw udaliśmy się pod Łuk Triumfalny.
Potem podjechaliśmy pod wieżę Eiffla. I wtedy po raz pierwszy zobaczyłam szczury. Ale nie tam jakieś małe szczurki. Ogromniaste szczury, które przebiegały ludziom drogę na każdym kroku, totalnie się ich nie bojąc. Wiele ludzi siedziało na trawie pod wieżą, pijąc piwo (w Paryżu normalnie ludzie piją w miejscach publicznych). Ciekawa jestem, czy ktoś z tych siedzących miał jakiś bliższy kontakt ze szczurem, ale sama wolałam się o tym nie przekonywać na własnej skórze. Ludzie pili trunki raczej w spokoju, po dwie, trzy osoby. Wyjątkiem była wielka ekipa Polaków. Język polski w wersji podwórkowej z ust wstawionych ludzi sprawił, że poczułam się jak na miasteczku studenckim w Krakowie. I czy trzeba było jechać aż do Paryża? 😉
O pełnych godzinach wieża Eiffla migocze mnóstwem lampek, stając się piękna i kolorowa niczym choinka. Przez całe pięć minut wpatrywałam się w nią z zachwytem, a potem udaliśmy się w drogę powrotną, by zdążyć się wyspać na kolejny, intensywny dzień.


Sobota 12.11.2022
Poranny spacer – Paryż jak malowany!
Dzień zaczął się cudnie. Tosty z francuskim serem, słońce, spacer po Ogrodach Luksemburskich. Złota francuska jesień. Spacer w słońcu, gdy dookoła wszystko zachwyca, sprawiał, że nawet nie było czuć bólu nóg po zeszłym dniu. Tego dnia też czekało nas wiele chodzenia. Piechotą udaliśmy się pod Panteon. Architektura Paryża robi wrażenie. Dookoła równe kamienice z maleńkimi balkonami. Czuć ducha poprzednich epok. A budowle typu Panteon są ogromne, z licznymi kolumnami i zdobieniami. Aż człowiek zastanawia się, kto to wszystko budował. Do wnętrza Panteonu był wstęp płatny i ogromna kolejka, za to weszliśmy do nieopodal znajdującego się kościoła St Etienne du Mont. Światło wpadające przez witraże, liczne zdobienia, wiele efektownych ołtarzy — to wszystko robiło wrażenie. Być może już dojrzałam do sztuki sakralnej, ale o ile kiedyś zwiedzanie kościołów mnie nudziło, teraz z uwagą przypatrywałam się wszystkim szczegółom, dostrzegając kreatywność ludzi, którzy je tworzyli.
Kolejnym punktem była Katedra Notre-Dame. Niestety w remoncie. Nie tylko nie można było wejść do środka, ale nie było jej za wiele widać. Pod katedrą mnóstwo Romów zbierało jakieś petycje. Oczywiste jest, że nie podpiszemy czegoś, czego nie rozumiemy. Jednak potem wygooglowaliśmy, że w rzeczywistości nie chodzi im o te podpisy, jak o to, że gdy turysta czyta petycję i podpisuje się, można go łatwo okraść.




Muzeum Orsay
Spacerem wzdłuż Sekwany dotarliśmy do Muzeum Orsay na zarezerwowaną godzinę zwiedzania. W tamtej chwili żałowałam kupna biletów do muzeum, gdy tak pięknie świeciło słońce i o wiele chętniej np. przepłynęłabym się statkiem, który kosztował tyle, co muzeum. Ale nie było już odwrotu.
Jednak Muzeum Orsay warto zobaczyć. Jest to budynek dawnego dworca kolejowego. Ale nie jest to byle jaki dworzec! Samo wejście do niego już robi wrażenie. Muzeum ma kilka pięter. Zwiedzanie zaczęliśmy od dołu. Wydawało się, że zobaczymy tym razem wszystko, no ale nie dało rady. Po trzech godzinach tak bardzo bolały nas nogi, byliśmy głodni i zmęczeni, że zrezygnowaliśmy ze stania w kolejce na wystawę malarstwa Edvarda Muncha, czego teraz bardzo żałuję. Jednak widziałam oryginalne obrazy Van Gogha, Claude Moneta i innych malarzy powiązanych z impresjonizmem. Duże wrażenie zrobiły na mnie też gładkie, marmurowe rzeźby o wielkości człowieka, z którymi mogłam stanąć twarzą w twarz, dostrzegając emocje na twarzy bohatera z kamienia.





Zaraz po wyjściu z muzeum Orsay usiadłam na ławce na moście nad Sekwaną i powiedziałam: „jak dobrze”. Słońce świeciło, pod nami przepływały statki, przyglądałam się miastu i zachwycałam nim jak jednym, wielkim dziełem sztuki.
Opera Garnier i galeria La Fayette
Po krótkim odpoczynku ruszyliśmy w dalszą podróż pod Operę Garnier. Dotarliśmy tam już, gdy zaczynało się ściemniać. Pod operą gitarzysta grał i śpiewał rockowe klasyki, a tłum tańczył i śpiewał razem z nim. W dodatku rozdawali darmowe energetyki, dlatego posilając się napojem, przystanęliśmy na dłużej, by obejrzeć koncert. Potem weszliśmy do galerii (handlowej) La Fayette, aby wyjechać na jej taras. Z tarasu roztaczał się piękny widok na Paryż, toteż spędziliśmy tam trochę czasu, robiąc zdjęcia. W galerii znajdowały się drogie, markowe sklepy, a jej wnętrze robiło wrażenie! Niestety ceny tam były zabójcze, zaczynając od makaroniku, a kończąc na płaszczu.






Wieczór w dzielnicy Montmartre
Wieczór spędziliśmy naprawdę bardzo miło. Najpierw spacer pod słynny młyn Moulin Rouge, w którym odbywają się spektakle kabaretowe. Potem udaliśmy się pod katedrę Sacre-Coeur. Na wzgórze wyjechaliśmy kolejką. Jeszcze wcześniej w drodze, kupiliśmy po dwa makaroniki i francuskie wino. Najpierw zwiedziliśmy bazylikę od środka. Robiła wrażenie. Budowla była bardzo wysoka i zaprojektowana tak, że światło wpadało przez górne okna, co dawało poczucie boskości.
Na schodach, którymi wychodziło się pod budynek bazyliki trwała jedna wielka impreza. Dawało to poczucie gwałtownego przeskoku ze sfery sacrum do profanum. Usiedliśmy na schodach z niezwykłym widokiem na Paryż nocą i tam po raz pierwszy spróbowaliśmy francuskich przysmaków: makaroników i wina. Cudowna, nocna uczta! Gdy wstaliśmy, aby wrócić, zobaczyliśmy całe stado szczurów, kłębiących się w trawie i wyjadających resztki z kosza na śmieci. Wtedy naprawdę przeszły mnie ciarki. Siedziałam tak blisko nich. Niektórzy ludzie siedzieli na trawie… Tam chyba szczury traktują jak normalnych obywateli Paryża. 😉
Zwieńczeniem wieczoru były koktajle w jednej z knajpek w dzielnicy Montmartre.






Niedziela 13.11.22
Ostatni dzień podróży rozpoczęliśmy od udania się pod Statuę Wolności — taką jak w Nowym Jorku tylko może ciut mniejszą. Była to niedziele naprawdę słoneczna, dlatego z przyjemnością przespacerowaliśmy pod wieżę Eiffla, by ostatni raz z bliska rzucić na nią okiem. Dookoła pełno było sesji fotograficznych, zwłaszcza tych ślubnych i sesji par. Na szybko zjedliśmy pizzę i udaliśmy się już do ostatniego punktu programu wycieczki: Pałacu Les Inwalides. Obejrzeliśmy go tylko z zewnątrz, wchodząc na dziedziniec, ale nie było już czasu na muzea.
Potem wróciliśmy po bagaże, a z nimi na lotnisko. Wycieczkę wspominam naprawdę bardzo miło. Tym bardziej że był to prezent na urodziny, nie byle jakie urodziny, bo już 30. Paryż na urodziny to świetny pomysł!
Cóż jest cenniejszego niż podróże? Cóż bardziej niż one czyni nas bogatszymi? 🙂



Zaciekawiła Cię relacja z Paryża? Zapoznaj się z moimi wspomnieniami z wyspy Samos!